Pierwszy etap podróży, czyli INDIE i NEPAL
Pornik!!! Pornik nie z tej ziemi. 17 maja 2011 rok New Delhi. Wiatrak przy suficie daje delikatną ochłodę studząc powoli emocje pierwszego dnia. Wszyscy mocno zmęczeni wylegują na wyrkach. Ostatnie 36 godzin obfitowało w mnóstwo emocji i wydarzeń. Wszytko rozpoczęło się już na lotnisku w Warszawie. Pożegnanie z przyjaciółmi i start. Międzylądowanie w Moskwie, tutaj bezkres sklepów bezcłowych z alkoholem, papierosami, małe zakupy, a jakby i po 5 godzinach wylądowaliśmy u celu podróży. Po wyjściu z terminalu lotniska podmuch gorącego, 30° C o czwartej nad ranem, o mało co z powrotem wepchnąłby nas do środka. Do centrum dojechaliśmy dopiero co oddana do użytku nową linią metra. Po wyjściu ze stacji na ulicę przez kilka minut staliśmy jak wmurowani. Nie mogliśmy uwierzyć w to co dzieje się na drodze. Przed wyjazdem oglądaliśmy w necie filmiki i słyszeli od znajomych że na drodze panuje chaos, ale na żywo potęguje się to dziesięciokrotnie. Tutaj żadne przepisy ruchu drogowego nie istnieją. Każdy porusza się jak mu się podoba a na dodatek non stop słychać trąbienie. Naprawdę nie do wiary. Dopóki się tego nie zobaczy to człowiek nie jest w stanie sobie to wyobrazić. Postanowiliśmy szybko znaleźć hotel. Mieliśmy kilka typów z przewodnika gdzie można w miarę za małe pieniądze zamieszkać w przyzwoitych warunkach. Przed wyjazdem naczytaliśmy się że dużo jest naciągaczy i postanowiliśmy że się nie damy zrobić w balona. Nie udało się. Tak już z nowicjuszami jest. Zamówiliśmy „taxi”, to dużo powiedziane. Zamiast zawieźć nas na ulicę na którą chcieliśmy to On dostarczył nas do hotelu o takiej samej nazwie i jeszcze nas dużo skroił. Zaczailiśmy dopiero po pewnym czasie że jesteśmy w nie odpowiednim miejscu, kiedy już odjechał. Tylko uśmiech pozostał. Szukając jakiegoś noclegu w okolicy Michał napotkał młodego chłopaka który wskazał nam miejsce gdzie oferują w mirę przystępne ceny. Poza tym osoba która załatwiła nam zakwaterowanie zaproponowała kilka dodatkowych możliwości spędzenia ciekawie czasu w Delhi, jak zwiedzanie miasta, najlepszy towar z Afganistanu i miłe towarzystwo wieczorem.
Po zakwaterowaniu i krótkim śnie ruszyliśmy w miasto w poszukiwaniu motocykli. Pooglądali, powybierali i mamy pierwsze typy.

Dzień drugi. Główny nacisk tego dnia położyliśmy na znalezienie jak najlepszych motocykli w przystępnych cenach. Schodziliśmy dziesiątki komisów z Enfildami. Poznaliśmy mnóstwo ludzi. Każdy zapewniał że sprzedaje nam bardzo dobry sprzęt. Good condition. Szczególnie do gustu przypadł nam Bobby. Spędziliśmy u Niego pół dnia, co zaowocowało zakupem aż dwóch royali w jego „stajni”. Nasz mechanik dr Bryszewski odbywał pierwsze jazdy wszelakimi royalami po Karol Bagh testując sprzęt. Pierwszy raz w życiu jeździł w ruchu lewostronnym. Nieźle mu szło, czyli da się.
Dzień trzeci uważamy za bardzo udany gdyż udało się skompletować wszystkie 4 motocykle z całym osprzętem czyli lagami i stelażami na sakwy. Tutaj jest tak, że jeśli np nie podoba ci się bak, koło czy błotniki to mówisz, i wymienią Ci na takie jakie chcesz. Wracając do domu postanowiliśmy uczcić sukces piwkiem. Zaszliśmy do sklepu z alko a tam ogromna kolejka, trochę nas to zszokowało bo podobno tutaj alkoholu się nie spożywa, jest problem z kupnem. Dochodząc do sklepu, ku naszemu zdziwieniu, właściciel owegoż przybytku, podnosi ladę i wpuszcza nas na zaplecze sklepu. Zaskoczeni i z uśmiechem na twarzy walimy między regały. Niestety hindusi muszą czekać w długiej kolejce. Jednak białych tu lubią i im ufają. Nawet w normalnej cenie nam sprzedali. Po browarku i do hotelu.
Pogoda normalna czyli 44º C w cieniu, ale dzisiaj było trochę łatwiej i „ulica” już tak nie szokowała jak wczoraj. Michał – z racji tego że jeżdżę co nieco rowerem moją uwagę w Delhi szczególnie przykuwają rowerowe riksze. Jest mi bardzo żal tych ludzi którzy w ogromnym upale wożą pasażerów, często ponad 200 kg, za tak nędzne pieniądze. Z swojego doświadczenia wiem co to znaczy ciągnąć za sobą bagaż, w moim przypadku malutki bo to tylko 20 kg i to już się czuje. Nie wiem czego ale patrząc na tych rikszarzy robi mi się bardzo smutno, bardzo mi Ich żal.
Tekst dzisiajszego dnia – NO MALIREN, rzekł Brysyja w momencie kiedy właściciel Royala którego chcieliśmy kupić, zaproponował że pomaluje bak gdyż był podrapany. Odkrycie dnia to sok kokosowy o smaku zielonych truskawek z sola i pieprzem jak stwierdził Brysyja. W rzeczywistości okazało się że ten sok zrobiony jest z ananasów i cytryn.
19 maja. Dziś sprawy chcieliśmy dograć jak najszybciej żeby jutro wyruszyć z Delhi ale wyszło jak zawsze, do samej nocy załatwialiśmy różne pierdoły. Cyrk rozpoczął się już z samego rana jak okazało się że nie możemy wypłacić wystarczającej ilości pieniędzy z bankomatu. Niestety maksymalnie naraz można pobrać 10000 Rupi, więc transakcje trzeba powielać wiele razy a pieniądze ledwo mieszczą się w kieszeniach. Po południu byliśmy w posiadaniu trzech motocykli, jeszcze tylko jeden i pełny sukces. Szybkie poszukiwania i jest ostatni okaz. Jeszcze tylko formalności papierkowe i jazda. Pierwsza przejażdżka, pierwsze kilkaset metrów bardzo niepewne, lecz z każdym metrem coraz odważniej i pewniej. Będzie dobrze, jutro startujemy.

Piąta rano. Wreszcie nastał moment kiedy trasę zaczynamy przemierzać royalami. Szybkie zapakowanie całego mandżuru i w drogę. Wszyscy podjarani na maksa. Pół roku czekaliśmy na ten moment. Na sam początek oczywiście zgubiliśmy się w Delhi. Ledwo ujechaliśmy kilka kilometrów i zaczął szwankować Przema motocykl. A miało być już tak pięknie. Co kilka kilometrów postój i jedziemy dalej. Na dłużej zatrzymała nas burza piaskowa. Niezły czad. „Fruwający” wszędzie piasek, butelki, gałęzie, blachy z dachu. Po tych ekstremalnych doznaniach pomknęliśmy dalej. Pięknie się leciało, niezbyt duży ruch, droga dobrej jakości, jedynie brakowało ciekawych krajobrazów. Koło południa postanowiliśmy zajechać na szamę. Na parkingu ku zdziwieniu wszystkich okazało się że z Przema royala kapie olej. To nie wróżyło nic dobrego. W momencie kiedy Brysyja grzebał w silniku zatrzymał się chłopaczek i po krótkiej rozmowie zaoferował dobrego mechanika kilka kilometrów stąd. Rzeczywiście okazał się dobrym ekspertem. Co ciekawe miał około 12 lat. Przema silnik przeszedł generalny remont, natomiast pozostałe trzy maszyny delikatny lifting. Wierzymy że złe karty odwrócą się i od jutra wszystko będzie zmierzać w dobrym kierunku.
Kolejny dzień w drodze. Coraz lepiej nam idzie. Usterki są coraz rzadsze i naprawa ich trwa krótko także można nawijać kilometry. Pierwsze miasto które co nieco zwiedziliśmy to Jaipur. Wjazd do centrum robi bardzo złe wrażenie. Tony śmieci, smród i totalna ruina. Na szczęście w centrum jest zdecydowanie lepiej. Kilka fot, parę słów do kamery i wyjazd za miasto w poszukiwaniu noclegu. Po ciemku trudno szuka się odpowiedniego miejsca na obóz. Tym razem szczęście dopisało i udało się rozbić w dobrych krzakach na płaskim dostępnym terenie.
Kolejnego dnia zwiedzamy Fathepur Sikri 500-letnią twierdzę. Na przykładzie tego miejsca opowiemy jak działa „obsługa” białego człowieka w Indiach. Po pierwsze jeśli ktoś jest świeżak czyli pierwszy raz tutaj i wcześniej nie zapoznał się z tym tematem to na każdym kroku za każdym razem przepłaca za wszystko. Podstawa to targować się głównie jeżeli chodzi o środki transportu czy w naszym przypadku zakup motocykli. Niemal na wszystkich produktach podana jest cena, także szukajcie jej i nie dajcie się wydymać. Będąc w Fatehpur cena wstępu wynosiła 400 rupii. Z tego faktu że nie ma teraz sezonu turystycznego także i tutaj można targować cenę. Dogadaliśmy się z przewodnikiem że oprowadzi nas wszystkich za 200 rupii. W czasie płacenia za usługę za wszelką cenę chciał nam wcisnąć że mamy mu zapłacić 800 rupii czyli 200 od łepka. Targowanie trwało kilka dobrych minut aż w końcu zmiękł. Myślał że trafił na białych frajerów. Jednak nic z tego.

Odwiedziliśmy jedno z najbardziej rozpoznawalnych miejsc na świecie, czyli Taj Mahal. Tu przewodnik zrobił nam dobrą cenę, chociaż trzeba było się dobrze targować. Samo miejsce robi duże wrażenie. Wszystko wykonane z dużym kunsztem. Na każdym kroku widać ogrom włożonej pracy. Zmieniliśmy dalszą drogę naszej podróży, gdyż nikomu nie chce się użerać z ludźmi którzy w miejscach turystycznych i nie tylko chcą ci wcisnąć różnego rodzaju tandetne duperele. Chcemy jak najszybciej dojechać do gór i w spokoju, daleko od zgiełku poruszać się wzdłuż nich. Poza tym ogromnie męczące jest ciągłe trąbienie potężnych ciężarówek. Wczoraj wieczorem znaleźliśmy bardzo dobre miejsce na obóz, pomiędzy malutkimi drzewkami. Robiąc małe naprawy royali znikąd zaczęli pojawiać się miejscowi. Po kilku minutach urosła ich spora grupka. Niestety nie pogadaliśmy z nimi po angielsku nikt nie kontaczył. Była to bardzo interesująca sytuacja. Po jednej stronie grupka hindusów stojących na przeciw nas bez słowa a po drugiej stronie my białasy, przypuszczam że dla nich bardzo egzotyczni. Ciekawe o czym myśleli. Jak nas pojmowali. Czy są świadomi że świat na Indiach się nie kończy.
Z samego rana podjęliśmy decyzję że napiszemy tekst do gazety oraz wybierzemy kilka zdjęć. Po zebraniu wszystkich materiałów w najbliższym większym mieście w kawiarence internetowej wysyłamy materiały. W czasie logowania na maila znika światło. W Indiach to chleb powszedni. Bardzo często są przerwy w dostawie prądu, dlatego dużo ludzi ma agregat prądotwórczy.
Skromny posiłek i jedziemy dalej. Przejeżdżamy przez święty Ganges, robi wrażenie. Płynie bardzo szerokim korytem. Na środku rzeki znajduje się duża wyspa na której są słomiane chatki oraz uprawia się rośliny. Nieprawdopodobne. Zajeżdżamy na stację paliw dotankować motocykle. Okazuje się że mamy za mało kasy żeby zapłacić za benzynę. Przemo jedzie do miasta wypłacić kasę z bankomatu. Znika na 4 godziny. Siedzimy na stacji i snujemy domysły co się mogło stać że tak długo Go nie ma. Na szczęście właściciel stacji jest bardzo sympatyczny i ciągłe wspiera nas zimnymi napojami, jest bardzo gorąco, nawet wiatraki nie bardzo dają radę schładzać pomieszczenie.
Po czterech godzinach w końcu telefon, Przemo mówi że bankomat wciągnął mu kartę i że karta będzie do odebrania po kilku dniach, ponadto w tym mieście „biali” nie mogą wymieniać dolarów na rupie. Mamy problem brak kasy i karty. Ta karta to jedyne źródło pozyskiwania pieniędzy! Jesteśmy zmuszeni pozostać w Kanpur. No cóż mus to mus.
Kiedy Przemo siedział załamany na schodach banku podszedł do niego ktoś i przyłożył mu słuchawkę do ucha. W telefonie odezwał się głos „What happened?” Wtedy Przemo wytłumaczył całą sytuację i udał się z tajemniczym gościem do jakiegoś nieznanego miejsca. Okazało się że jest to olbrzymi piękny dom, a właścicielem jest bardzo zamożny producent siodeł dla koni. Po kilku minutach okazało się że wszystko można i dolary wymienić i załatwić odbiór karty następnego dnia, jak mówią w Indiach „No problem…”.
Z racji tego że musieliśmy czekać do jedenastej nie wstawaliśmy wcześnie rano. Kwadrans przed 11 w hotelu zjawili się kolesie którzy wczoraj pomogli Przemkowi w banku. I tym razem służyli swoją pomocą. Po kilku minutach formalności karta odzyskana, duża ulga bo byliśmy bez pieniędzy. Jeden z kolesi, (wszyscy tutaj mają strasznie trudne imiona do zapamiętania), pracuje w szkole jako nauczyciel informatyki, więc proponuje że oprowadzi nas po szkole. Po kilku minutach zwiedzamy pracownię techniczną, elektryczną, informatyczną, salę gdzie dziewczyny uczą się projektować i szyć ubrania. Wszędzie wzbudzamy bardzo duże zainteresowanie. Całe wyposażenie owej szkoły zostało ufundowane przez francuskie ministerstwo. Na sam koniec odwiedzamy dyrektora z którym uścisnęliśmy dłoń i wypili po coli. Oczywiście pozowaliśmy do mnóstwa zdjęć. Ostatni uścisk z koleżkami którzy dużo nam pomogli i w drogę.

Wszyscy Hindusi z którymi rozmawiamy zadają nam 3 podstawowe pytania: Where are you from?, What’s your name?, You have a girlfriend? Zafascynowało nas ostatnie pytanie. Dziś dowiedzieliśmy się czemu ono pada. Mężczyźni w Indiach mają problem ze znalezieniem dziewczyny. Spora część mężczyzn szuka kobiet poza granicami. Przypuszczamy że jeżeli odpowiada się twierdząco to Oni zazdroszczą tego?
Zadziwia bardzo dobry stan dróg. Zero kolein. Biorąc pod uwagę że jeździ tutaj ogrom potężnych ciężarówek asfalt jest perfekt. Czyli można budować dobre i wytrzymałe drogi. Powoli zbliżamy się do Nepalu. Teren całkowicie płaski zastępują najwyższe góry świata – Himalaje. Z racji tego że mamy rożnego rodzaju problemy czasami dopada nas zniechęcenie. Chociaż z drugiej strony rozwiązane problemy dodają sił. Chcielibyśmy jednak więcej godzin spędzać w siodle gdyż daje to dużo radości. Michał – czuję że coraz lepiej idzie mi jazda motocyklem. Mam coraz większe obawy czy będę dalej chciał jeździć rowerem. Oby tak. Oparzyłem sobie nogę o tłumik. Pozostała konkretna rana. Także pamiątka z wyprawy zachowa się na lata.
Dla nas dużym problemem jest jedzenie. Niemal wszystko jest ostre i tak podobnie smakuje. Jakiekolwiek mięso trudno dostępne. W sklepach jedynie można kupić picie, chipsy i orzeszki. Marketu samoobsługowego jeszcze nie spotkaliśmy.
Jesteśmy 8 km przed granicą z Nepalem. Z pierwszego miejsca które znaleźliśmy na obozowisko zostaliśmy przegonieni przez straż graniczną, okazało się że to strefa przygraniczna i nie możemy tutaj zostać. Na szczęście udało się po drugiej stronie ulicy. Dzisiaj udało się przemierzyć ponad 250 km, wszystko szło gładko. Pogoda w tej strefie zmienia się bardzo szybko. Świeci słońce by po kilku minutach wiał bardzo silny wiatr który uniemożliwia bezpieczną jazdę. Robiąc na wieczór zakupy spotykamy ładną dziewczynę, najbardziej w Niej zakochuje się Reju, nawet teściowej się spodobał. Po tych kilku dniach każdy zauważył że stracił na wadze, mało jemy jest gorąco i nie ma apetytu, poza tym jest problem z mięsem, niemal go brak, każdy o nim marzy.

Poranny przegląd motocykli i słowo DRAMAT jest jak najbardziej odpowiednie.
Brysyja podczas porannej rozgrzewki silników, gazuje motocykla Reja w opór, kiedy nagle rozlega się solidny trzask. W Artura Royalu urywa się KORBOWÓD. Pewniej dłużej tu zagrzejemy, niestety. Na razie trzeba nacieszyć oko górami z daleka. Przemo z Arturem ruszają w teren trzeba znaleźć nowe części, Brysyja rozbebesza motocykl, Michał próbuję nabazgrać kilka słów.
Przemo z Arturem udali się w stronę granicy z Nepalem, gdyż tam jest duże prawdopodobieństwo że celnicy mówią po angielsku i można popytać o sklep z częściami. Okazało się że najbliższy sklep z częściami do Royali znajduje się w Gorakhpur. Ponad 100 km w jedną stronę. Nie ma wyjścia trzeba pędzić. W tym czasie Michał w pobliskim Nautanwan szuka jakiegoś sklepu, a nuż coś się trafi, bez powodzenia. Zaczepia go mężczyzna „Jaki masz problem”? Od słowa do słowa i zna nasz problem, chodzimy razem po mieście z nadzieją znalezienia części. Żaden warsztat nie posiada takich części. Dostaje zaproszenie na obiad. Spożywa posiłek z całą rodziną w tradycyjny sposób na podłodze jedząc palcami nie używając sztućcy. Chłopaki zjawiają się pod wieczór z nową głowicą, tłokiem, korbowodem i cylindrem. Zawiele dziś się nie uda zdziałać, najważniejsze że są wszystkie części.

Od bladego świtu Brysyja składa silnik, reszta ekipy się szweda. Dosyć powoli to idzie. Cała operacja zakończyła się po południu. Warto wspomnieć że Dr Brysyja zamontował nowy korbowód w warunkach polowych, wyważając wał w rękach. Silnik pali z 3 kopa, zdaje się że wszystko jest OK. Spadamy z tego miejsca. Dojeżdżamy do granicy. W biurze paszportowym Indii spotykamy gościa który pomaga nam załatwić wszystkie formalności, oczywiście nie za darmo, co łaska. Zawsze tak mówią a później żądają dużą sumę, znamy już to. Załatwia nawet lewe dolary, tutaj są nielegalne, którymi płacimy za wizy do Nepalu. Dla nas europejczyków przeprawy przez tego typu granice to katorga, mnóstwo dokumentów, dziwnych podatków, dodatkowych opłat, okradają nas jak się da. Trzeba do tego przywyknąć, innego wyjścia nie ma.
NEPAL! Za granicą obraz ulega zmianie. Przede wszystkim nie ma takiego syfu, budynki zadbane, stylem przypominające budynki państwa środka, często posiadają elewację a ludzie podobni do rasy żółtej. Znowu szukamy noclegu po ciemku.
Przy samej drodze zatrzymuje nas mężczyzna. Żąda od nas paszportu i pyta co tu robimy. Wyjaśniamy że jesteśmy turystami z Polski i szukamy miejsca do spania. Po kilku minutach rozmowy zaprasza nas do swojego domu. Korzystamy z gościny i kimamy na podłodze, chociaż każdej osobie oferowane było łóżko. Coś się zepsuło. Właściciel mieszkania chyba nie zapytał żony o zdanie. Rano dostał dobre baty, więc po cichu odjeżdżamy. Po dojechaniu do Butwal, odbijamy na wschód, jedziemy wzdłuż granicy z Indiami. Płyniemy krętą drużką przecinając kolejne strumienie i potężne rzeki, po obu stronach otacza nas las. Z górki i pod górkę. W takich okolicznościach przyrody docieramy do Królewskiego Parku Narodowego Chitwan. Zostajemy tu na dwie noce, będziemy się relaksować na łonie natury.

Pobudka o 5:30. Idziemy do jungli. Pierwszy etap to spływ drewnianą łódką rzeką Rapti. Powolna meandrująca rzeka, można płynąć bez obaw. Po wciśnięciu się na łódkę i przepłynięciu kilku metrów w oczach wszystkich pojawił się strach. U jednych większy u innych mniejszy. Potwornie gibało tą łajbą. Niejednokrotnie mało zabrakło a woda wlałaby się do środka. Trzeba wziąć pod uwagę że dwie osoby w ogóle nie potrafią pływać, chociaż pewnie w mig by się nauczyły. Naukę pływania zdecydowanie przyspieszyły by krokodyle czyhające w zaroślach. Z momentu na moment było spokojniej. Trochę mało atrakcyjnie spływ przebiegał. Widzieliśmy kilka ptaków i nosorożca. Bardzo liczyliśmy ujrzeć krokodyle i gawiale, może słonie. Następnie spacer przez junglę. Szczerze to wiało nudą parę makak i to wszystko.
Przejażdżka na słoniu okazała się największą atrakcją tego dnia. Podziwialiśmy z grzbietu tego kolosa florę i faunę Parku Chitwan. Co najciekawsze to to że dzikie zwierzęta na widok słonia z pasażerami w ogóle nie uciekają tylko spokojnie się przyglądają. Najbardziej nam żal że nie ujrzeliśmy tygrysa, jednak to bardzo trudna sztuka.
Nareszcie nadeszło to na co tak długo wszyscy czekaliśmy. Na początek dnia rozgrzewka 70 km po płaskim. W Hateudzie odbijamy na N i zabawa rozpoczęta. Jeden, dwa nawrót 180º, redukcja jeden, dwa nawrót 180º redukcja i tak do końca dnia, to prawy to lewy winkiel. Zabawa bez końca. Chociaż zachowaliśmy się jak mało doświadczone gnojki. Przed wyjazdem w kierunku Kathmandu, nie zatankowaliśmy motocykli, licząc że stacje paliw nie będą problemem. Były jak się okazało. Po kilkunastu kilometrach zabrakło benzyny w jednym Royalu. Przepompowali i jedziemy dalej z rozpaczą szukając stacji bo i reszta już na oparach sunie. W jednym z miasteczek od prywatnej osoby kupujemy 3 litry. Otrzymujemy informację że najbliższy wodopój sprzętu spalinowego jest za 10 km. Następuje uspokojenie i powoli docieramy do miasteczka, tylko jest problem. Przejechaliśmy przez całe ale stacji nie widzieliśmy. Zawracamy i pytamy gdzie można kupić paliwo? Podjeżdżamy do zwykłego sklepu, gdzie ta benzyna? Tłumaczymy sprzedawcy o co nam chodzi. Na chwilę znika i pojawia się z dwiema 2 litrowymi plastykowymi butelkami z benzyną. Ale scena. Sprzedaje benzynę w butelkach plastikowych które trzyma na zapleczu. Dla nas najważniejsze że jedziemy dalej. Trzeba z tej gafy czegoś się nauczyć. Nie wszędzie będzie sklep z benzyną. Niemal po całym dniu winklowania, dobrze umęczeni, zarazem bardzo szczęśliwi i spełnieni docieramy do stolicy Nepalu Kathmandu.

Opowiemy wam pewną ciekawa historię. W Urzędowie osada Góry mieszka Grzegorz Krasiński ksywa „Gips”. Pracuje On w Tsubaki-Hoover Polska w Kraśniku. Jego szefem jest Japończyk, który ma kolegę Japończyka w Kathmandu. Gips opowiedział swojemu szefowi o naszej wyprawie i ten postanowił nas skontaktować ze swoim kolegą w stolicy Nepalu, coby nami się zaopiekował pomógł znaleźć hotel oprowadził po mieście. Spotkaliśmy Go dziś. Jak to na okrętkę można wiele rzeczy załatwić. Okazał się bardzo sympatyczny i pomocny. Przybył ze swoim kolegą. Obecnie mieszka tutaj, ożenił się, jest nauczycielem japońskiego, uczy w szkole dwie osoby. Z tym miejscem wiąże swoja przyszłość nie chce wracać do Japonii. Oprowadził nas po starym Kathmandu opowiadając historię zabytków i związane z nimi ciekawostki. Z racji tego że zna nepalski, za jego sprawą nie musieliśmy płacić za bilety i załatwił nam pozwolenie na wejście tak gdzie nie wolno. Opowiadał strażnikom że jesteśmy z Polski, podróżujemy motocyklami i robimy film. Zgadzali się bez problemu. Przemierzyliśmy cały Plac Durbar. Robi ogromne wrażenie. Czuć podniosłość tego miejsca. Znajduje się tutaj 50 świątyń i stup które liczą po kilka wieków. Największe emocje wzbudzając elementy drewniane, misternie rzeźbione. Stanowią znaczną cześć każdej świątyni. W drewnie wyrzeźbiony jest cały otaczający nas świat. Jego piękno jak i ciemna strona. Ciężko jest w słowa ubrać piękno które się widzi. Przelać na papier to co widzi oko i co czuje serce. Także nasze opisy miejsc atrakcyjnych turystycznie są tylko wzmiankowe. Mają na celu zasugerować gdzie można atrakcyjnie i aktywnie spędzić swój wolny czas. Ciemne wąziutkie uliczki wśród starej zabudowy miasta, w knajpie z zielonymi odrapanymi ścianami skosztowaliśmy regionalne przysmaki. Szczerze mówiąc do końca nie wiedzieliśmy co jemy, może i dobrze. Wyglądało nie za ciekawie, smakowało również średnio. Jedno z dań to podobno smażony móżdżek małpy. Nie wszyscy spróbowali, jedynie Brysyja wcinał aż mu się uszy trzęsły.

Postanowiliśmy nie zrywać o świcie lecz pozostać dłużej w Kathmandu i dokupić kilka części do motocykli. Pożegnaliśmy się z Japończykiem i ruszyli w drogę w kierunku Pokhary. Nie ujechaliśmy za wiele, popsuł się Przema sprzęt. Rozbiliśmy namiot nad rzeką i zaczęli naprawiać.
Rano udało się dokończyć naprawianie więc w drogę. Trasa wiodła malowniczą doliną rzeczną. Dookoła rozpościerały się góry na zboczach których znajdują tarasy gdzie rośnie kukurydza i ryż. Dzień byłby perfekcyjny gdyby nie ciągłe problemy z jednym z motocykli. Tuż przed sama Pokharą ujrzeliśmy po raz pierwszy ośnieżone szczyty które szczeliście trwały ponad miastem. W Pokharze trafiliśmy do Bullet Basecamp. To bar którego właścicielem jest Australijczyk. Jest wielkim fanem Royala i po sąsiedzku znajduje się zakład naprawy. Mechanik ma nam podreperować sprzęt. Zobaczymy czy uda się je doprowadzić do takiego stanu żeby kilka dni jechać bez większych awarii.
Cały dzień poświęciliśmy na grzebanie w motocyklach. Patrząc na pracę mechanika odnosiło się wrażenie że to fachowiec najwyższej klasy. W swojej pracy posługiwał się zmysłami: słuchem, węchem i smakiem. Zmysłami tymi jest wstanie określić co motocykl „boli” Twierdził że Royal to żywy organizm i trzeba go darzyć uczuciem. Nakręciliśmy kilka ciekawych wywiadów z ludźmi z różnych stron świata. Wieczór poświęciliśmy na korzystaniu z uciech życia. Niestety, co nas bardzo zdziwiło to że o północy wszelakie lokale zamykają, a przeciez jest to miasteczko typowo turystyczne. Nie do końca odprężeni wrócili do hotelu.

Słońce na horyzoncie czas wstawać. Motocykle w 100% sprawne czas jechać, jednak żal stąd odjeżdżać bo to bardzo dobre miejsce do odpoczynku. Pierwsza poważniejsza strata materialna. Ktoś z naszego pokoju zakosił telefon komórkowy Brysyji. Na szczęście to tylko kawałek plastiku i metalu. Jedziemy. Droga z Pokhary do Butwalu jest fantastyczna. Jest niezwykle atrakcyjna widokowo, często głębokimi dolinami rzecznymi, bardzo kręta, zbocza gór usiane tarasami często w takim miejscu że aż trudno uwierzyć że można tam uprawiać rośliny. Odbywały się niejednokrotne postoje aby nacieszyć oko tym pięknem i zrobić foto.
Po dotarciu do Butwalu po 160 km dużych emocji odbijamy na zachód i płaskim terenem zmierzamy w kierunku granicy indyjskiej bo kończą nam się wizy. W Nepalu również lubią orżnąć białasa. Kupujemy 4 Sprite, na butelce widnieje cena 20 R. Dajemy 100 R i czekamy na resztę. Sprzedawca nie ma zamiaru nic wydawać i coś ściemnia że po 25 R. Tłumaczymy mu że 20 R. Olewa nas totalnie. Taki cwaniak no to my większe cwaniaki. Reju bierze z lodówki jeszcze jedna butelkę Sprite podchodzi do sprzedawcy, otwiera i z uśmiechem mówi teraz za wszystko jest 100 R. Z miejsca sprzedawcy mina zrzedła. Trzeba walczyć o swoje.
Nareszcie doczekaliśmy tego dnia. Ponad 300 km i żadnej awarii. Opuściliśmy Nepal. Ostatni odcinek wiódł płaskim terenem wzdłuż gór. Największe wrażenie robiły wioski w których wszystkie budynki wykonane są z gliny a dachy pokryte strzechą. Można się było poczuć jak w Afryce. Zaś w rowach i na polach rosną ot tak sobie konopie indyjskie. To jest dopiero ciekawy widok. Zaskoczyła nas liczba posterunków na drodze. Co kilkanaście kilometrów znajdują się szykany i posterunek. Na szczęście nas nie zatrzymano ani razu. W momencie dojazdu do takiego punktu, machano nam żeby jechać dalej. Chyba chodzi o kolor skóry. W przyszłości na pewno jeszcze ten kraj odwiedzimy gdyż ma wiele do zaoferowania.

Cóż za dzień cóż za trasa. Pogoda od samego rana w kratkę to deszcz to słońce. Również nawierzchnia drogi rożnej jakości od dobrego asfaltu do szutru z głębokimi kałużami. Na początek dnia kapeć stara łatka się odkleiła a pozatym tłumik odpadł. Blacha go podtrzymująca pękła. Od kilku lat na polskim rynku dostępne są plastikowe opaski zaciskowe (trytytki, cybanty, szybkozłączki) które są niezbędnym elementem wyposażenia każdej wyprawy. Ową opaską w motocyklu można przymocować wszystko, no prawie wszystko. Jedyną rzeczą której się nie da przymocować trytytką jest tłumik. W tym przypadku niezastąpiony jest drut. Kolejne kilometry pokonywaliśmy w strugach deszczu, było ciepło i atrakcyjnie więc się dobrze jechało. W wielu miejscach droga zamieniła się w rwący potok, w ogromne kałuże, leżało mnóstwo kamieni, powstały wyrwy i zrobiło się potwornie ślisko. Trzeba było być non stop skoncentrowanym, bo o błąd bardzo łatwo a na drogach tych zabezpieczeń brak. Obfity deszcz spowodował w kilku miejscach obsunięcie się ziemi, kamieni na drogę tworząc ją nie przejezdną. Musieliśmy w dość ryzykowny sposób pokonywać te przeszkody. Samochody niestety nie mogły tak postąpić, czekały na spychacz który utoruje drogę. W czasie pokonywania jednej takiej przeszkód natura pokazała swoja siłę. Podjechaliśmy do kolejnej przeszkody która na pozór wyglądała na łatwa. Pierwszy jechał Piotrek za nim Przemek z tyłu Artur i Michał. Wjechaliśmy na skały leżące na drodze i w tym momencie z góry zaatakował nas grad kamieni. Niestety jeden z nich trafił Przemka w okolicę kolana. Sądząc po Przema reakcji to musiało boleć. Zeskoczył i puścił motocykl. Podbiegł do niego Artur, wsiadł na jego Royala i krzyknął „Przemo spierdalaj”! Przypominam że kamienie cały czas leciały z góry. Przemo skacząc na jednej nodze oddalił się w „bezpieczne miejsce”. Trudno stwierdzić co się stało, może ruszać nogą, pewnie to tylko mocne stłuczenie. Deszcz cały czas padał i powoli ściemniało się więc szybko znaleźliśmy hotel. Aby z noga było wszystko OK to relacja będzie trwać aż do samego Urzędowa. Jedziemy do miasta Almora, tam podobno znajduje się klinika. Noga zostanie prześwietlona i to zadecyduje o dalszych losach wyprawy.
Rano noga po wczorajszym zdarzeniu nie wyglądała ciekawie. Ból był bardzo silny, uniemożliwiał dalszą jazdę motocyklem, potrzebne jest szczegółowe badanie. Szukamy jakiegoś samochodu żeby zawiózł Przema do najbliższego szpitala. Jest chętny 55 km i będzie wszystko jasne. Reszta ekipy do Almory jedzie motocyklami, jeden zostaje w miejscu noclegu, jutro go odbierzemy. Do szpitala docieramy na wieczór. Wstrzymany oddech i głęboka nadzieja że to tylko silne stłuczenie. Noga na stole do rentgena. Ciemno, zdjęcie, zmiana pozycji ciemno, zdjęcie. Teraz czekamy na wynik badania. Lekarz znika w ciemni. Wszyscy z niecierpliwością czekają na opinię. Widać zaniepokojenie na twarzach. Myśli się kołaczą. Raz dobre raz złe. Wzrok zawieszony w dalekiej przestrzenni. Po kilku minutach lekarz do swojego pokoju zaprasza Michała. On będzie musiał przekazać wiadomość Przemowi. Tylko jaką wiadomość? Najgorszy scenariusz jaki mógł się przytrafić. Złamana kość strzałkowa i awulsyjne złamanie wyniosłości międzykłykciowej!!!. Chwilowy zawias. Smutne miny. Może pomyłka. Co dalej? To nie tak miało być. Jedynie wyjście to gips i powrót do Polski. Koniec wspaniałej przygody. Trzeba się zastanowić co czynić. Czy reszta ma kontynuować czy wszyscy kończą zabawę. Wiele rzeczy do rozważenia. Okazuje się że w szpitalu w którym robimy prześwietlenie nie ma ortopedy. Musimy przejechać do innego szpitala. Po krętych, dziurawych i wąskich ulicach Almory docieramy do drugiego szpitala. Tutaj natomiast okazuje się że ortopeda zakończył już swój dyżur, będzie dopiero jutro rano. Co za los. Odsyłają nas do trzeciego szpitala który znajduje się na 3 i 4 piętrze. Co w tym dziwnego? A to że na 1 i 2 piętrze znajdują się normalne mieszkania i na początku szukając izby przyjęć w „szpitalu” trafiliśmy do jednego z nich. Kiedy odnaleźliśmy odpowiednie pokój zastaliśmy w nim kilku młodych chłopaczków, którzy w niczym nie przypominają lekarzy. Po krótkiej rozmowie okazało się że i tutaj nie ma odpowiedniego lekarza. To jakieś fatum? Zdenerwowanie nasze wyraźnie wzrosło. Jak to możliwe że w tak dużym mieście nie ma jednego szpitala z ostrym dyżurem. Z całego tego zamieszania wynikło to że wróciliśmy do pierwszego szpitala gdzie udało się załatwić nocleg dla całej ekipy. Na dowód tego jak słabo funkcjonuje służba zdrowia w Indiach niech świadczą słowa wszystkich osób pracujących w szpitalach z którymi rozmawialiśmy żeby tutaj na miejscu opatrzyć nogę i jak najszybciej wracać do Polski dalej się leczyć gdyż w Indiach usługi medyczne są mizerne i nie ma co ryzykować swojego zdrowia i życia. Za każdym razem wszyscy tak powtarzali. Obecnie priorytetem jest załatwienie jak najszybszego powrotu Przema do domu. W tym kierunku pomaga nam ubezpieczyciel i ambasada Polski w New Delhi.
Od czego tu zacząć. Niestety Przema nie ma już z nami. Złamanie wykluczyło Go z dalszej jazdy. Od samego rana panowała ponura atmosfera. Każdy szwendał się z kąta w kąt. Poza tym załatwiliśmy sprawy powrotu do Polski. Ostatni uścisk. Przemo ambulansem udał się w kierunku New Delhi. Reszta ekipy jedzie dalej. Ta kwestia jak i wiele innych zostały ustalone przed wyjazdem. Także odbyło się bez rozmów „co dalej?”. Przez pierwszych kilka dni na pewno będzie inaczej. Będzie brakować czwartego „motocykla”. Trudno jedziemy dalej do samego Urzędowa. Musimy skorygować plany. Niestety nie pojedziemy już do Kashmiru, pozostało zbyt mało czasu. Poszwendamy się po niższych partiach. Przema motocykl pozostał 55 km przed Almorą. Poprosił nas żeby wysłać go do Polski, chce mieć pamiątkę z tej wyprawy. Po południu Michał z Brysyją udali się po motocykl. W czasie brania lewego winkla momentalnie na ich pasie pojawiła się ciężarówka. Motocykl jedzie 40 km/h. Michał zamyka oczy. Uda się. Brysyja wie że się nie uda. Uderzenie w tylne koło ciężarówki. Michał przelatuje nad Brysyją. Noga, ręka, głowa, wszystko całe jedynie kolano stłuczone. Żadnych kontuzji, jest dobrze. Po chwili zadaje pytanie. Brysyja cały jesteś? Tak nic mi nie jest. Delikatne obtarcia i stłuczenia. Gdy siedzimy na ulicy próbując zrozumieć co się stało, podbiega wystraszony kierowca felernej ciężarówki. Pyta czy wszystko OK. Gdy zrozumiał że nic się nam nie stało wskoczył do kabiny ciężarówki i uciekł. Nie zdążyliśmy spisać tablic rejestracyjnych. Ale czy by to coś dało? To Indie, pewnie musielibyśmy poświecić ogrom czasu żeby coś osiągnąć w tej sprawie. Szacowanie strat. Brysyja spojrzał okiem specjalisty na royala i mało się nie rozpłakał. Cały przód do wymiany. Koło, lagi, lampa, kierownica. Nic się nie nadaje. A tak o niego dbałem. W ciągu trzech dni zdarzyły się dwa poważne wypadki. Co za okres. Co teraz? Trzeba szukać części zamiennych, naprawić i dalej przygoda. Chwilę odpoczęliśmy. Złapaliśmy ciężarówkę, włożyliśmy rozbity motocykl na pakę i powrót do Almory w poszukiwaniu mechanika. Jazda ciężarówką po górach to również ciekawe przeżycie. Owy samochód wyładowany był kamieniem. Pod górę kierowca jechał na pół sprzęgła gdyż silnik nie wyrabiał, zaś z góry hamulce niemal płonęły. W pewnym miejscu zatrzymaliśmy się na herbatę. Kierowca wypił czai, zapalił jointa z haszyszu. Trochę przeraziliśmy się. Pytam. Palisz haszysz i jeździsz po tak niebezpiecznych drogach. Uśmiechnął się i rzekł No Problem. Wieczorem dotarliśmy do Almory, zostawiliśmy motocykl w garażu u gościa i ruszyli do hotelu podzielić się wydarzeniami z Arturem. Jutro wielka harówka. Trzeba pojechać po Przema motocykl, drugie podejście oraz szukać części do rozbitego motocykla.

Po spokojnej nocy chociaż Brysyja nie za bardzo się wyspał poranna pobudka do dzieła. Brysyja zaczyna rozbierać zniszczony przód motocykla. W tym czasie Artur z Michałem jednym Royalem wyjeżdżają po motocykl Przema. Drugie podejście. Kilometry szybko ubywają. Droga sucha można dobrze pocisnąć a i kierowca świetnie sobie radzi na krętych drogach gór, jak sam twierdzi „lubi zapierdalać”. Na jednym z winkli delikatny uślizg tylnego koła, to może oznaczać jedno – kapeć. Stoimy w szczerym lesie, żadnych narzędzi. Wybraliśmy się w drogę bez niczego: kluczy, zapasowej dętki, pompki. To wszystko przez pośpiech. Jak widać nie popłaca. Jeszcze musimy się wiele uczyć. Zatrzymujemy samochody licząc na pomoc, nic z tego. Po jakimś czasie zatrzymujemy motocyklistę. Ten dzwoni po kolegę który zjawia się pick upem. Pakujemy Royala na pakę i jedziemy do wulkanizacji. Michał – z racji tego że mój wujaszek od kilkunastu lat prowadzi wulkanizację to trochę obyty jestem z tym tematem. Rozebraliśmy koło, okazało się że stara łatka się odkleiła a pod nią 3 centymetrowa dziura. Co robi wulkanizator? Bierze igły i nici i zaczyna ją zaszywać! Patrzymy z Arturem na do wydarzenie z osłupieniem. Zszywa dziurę. WOW. Michał - Pamiętam początki działalności wuja, również były archaiczne, ale żeby stosować taką metodę naprawy. Później było już lepiej na zszyte miejsce przyłożył materiał z gumy i specjalną maszyną zgrzał go razem z dętką zaklejając dziurę. W czasie sprawdzanie dętki w wodzie okazało się że jest jeszcze druga dziurka, drut wszedł w oponę. Po tej godzinnej przerwie na naprawę kapcia ruszyliśmy w dalszą trasę. Udało się dojechać do celu już bez przygód. Zjedli obiad, odebrali motocykl i w drogę powrotną do Almory. Tempo ekspresowe, widocznie spragnieni jazdy. Niestety nie wszystkie części udało się skompletować do Brysyji bryki, brakujące elementy mają być dopiero jutro. Wieczór przeznaczamy na CHILL OUT.
Udało się skompletować i złożyć do kupy Royala. Niestety wynikły duże problemy z wysyłką Przema motocykla. Osoba która wcześniej zaoferowała się pomóc w ostatniej chwili się wycofała. Obeszliśmy kilka firm w Almorze zajmujących się transportem, żadna nie wyraziła zainteresowania, mimo że oferowaliśmy bardzo dobrą kasę. Zostawiamy go w Almorze będziemy szukać innego rozwiązania.
Kolejne kilometry kolejne krajobrazy kolejne doznania. Czy nadal jest tak samo? Wszyscy czują że nie. Trudno się odnaleźć. Trzy to nie cztery. Nadal pozostał jeden cel dojechać do Urzędowa. Wszyscy to sobie założyliśmy.
Jesteśmy w Shimly. Przez ostanie trzy dni dzień w dzień przejeżdżaliśmy ponad 200 km nie zależnie od terenu. Lada moment minie pierwszy miesiąc. Dla nie których to pierwsza w ogóle wyprawa, dla nie których tak długa, dla pozostałych normalność. Pojawiają się pierwsze pytania o sens tego co robimy. Zmęczenie fizyczne i psychiczne daje o sobie znać. Problemy, stres, gorąco, deszcz, ostre jedzenie, niebezpieczna jazda, presja. To wszystko miesza się w głowie. Największe problemy ma Brysyja. Dla Niego jest to duże oderwanie od rzeczywistości. Sam przyznaje że nie jest łatwo. Pięknie grzmi za oknem, niebo co chwilę przecinają wyładowania atmosferyczne. Przez te ostanie trzy dni każdy zapamiętał obrazy które nie można przedstawić na papierze. Widzisz? Przyjedź i zobacz.

Całą noc padało, dla nas to nie miało żadnego znaczenia bo spaliśmy w hotelu. Gorzej że taka sytuacja trwała do południa więc dłużej pospaliśmy jak nigdy. W delikatnym deszczu ruszyliśmy w kierunku Manali. Ślisko, mnóstwo kamieni na drodze, kilometry ubywały powoli. Z czasem pogoda się poprawiała, błysnęło słońce, można było przyspieszyć. Zmierzając w kierunku Manali z każdym kilometrem sceneria stawała się coraz atrakcyjniejsza. Droga wiodła wzdłuż doliny rzecznej ukazując swoje całe piękno. Prędkość turystyczna 40 km/h czerpanie radości z tego co oko chłonie. Wysokie szczeliste góry, palmy rosnące na zboczach, warto płynąca rzeka szlifująca skały, zagubione domki i świątynie wysoko na zboczach w chmurach, kipiące wodospady, wysoko nad górami kołujące ptaki, cisza, harmonia i spokój, przerywany rykiem ciężarówek wyrzucających tumany czarnych spalin podążającej powolutku do góry. Gdzie jest Greem Peace, ja się pytam? Ciemne pojedyncze światła daleko, wysoko na zboczach, życie przygasa do jutrzejszego poranka. Nocleg pośród ogromnych kamieni na tarasie zalewowej spienionej rzeki Bees. Niekończący się szum. Okazja do prania i mycia, chociaż woda piekielnie zimna. Płynie tutaj z topniejących śniegów najwyższych partii Himalajów. Na wyprawie nigdy nie ma lekko. Minął kolejny dzień. Mimo że wyjechaliśmy koło południa udało się nawinąć niemal 200 km. Czemu tak od początku nie szło? Popełniliśmy kilka poważnych błędów. Zaufaliśmy na słowo sprzedawcy, że nasz sprzęt jest „Good condition”. Jak wiadomo dwie sztuki padły w bardzo krótkim czasie po opuszczeniu Delhi. Po ich naprawie motocykl szwankował non stop problemy mianowicie. Chodzi o motocykl Przema. Coś z tym egzemplarzem jest coś nie tak. Może to dla nie których dziwnie zabrzmi ale uważamy że ciąży nad nim fatum. W momencie zakupu miał na kierownicy przewiązany czarny materiałową wstążkę. Indie są krajem symboli, także to coś znaczy. Druga rzecz, że ten motocykl na okrągło się psuł, co powodowało ciągłe postój i nie potrzebne zdenerwowanie. Kolejno był problem z przyjechaniem nim do Almory, felerny wypadek Michała i Brysyji w drodze po niego. Kiedy znalazł się już w Almorze, nikt nie chiał go nawet za dobre pieniądze zawieź do Delhi żeby wysłać do Polski. Czy to się uda? Stwarzał ogrom problemów, powodował że sam Przemo tracił do niego cierpliwość. Raz nawet rzucił kaskiem „pierdolony złom”. Jednak to nie sprawiło że motocykl nagle zaczął jechać.
Michał – uraz kolana po wypadku okazał się poważniejszy niż w pierwszym momencie myślałem. Powstała dziwna narośl na kolanie, noga do kostki mi puchnie w czasie jazdy. Problem jest z zsiadaniu z motocykla. Nic mi z tego jadę dalej. Nasuwają mi się tu słowa piosenki śpiewanej przez Grechutę: „I ten upór żeby powstać i znów iść i dojść do celu”. Do celu, do Urzędowa.
Księżyc w pełni. Swoim odbitym światłem podświetla różnobarwnie chmury. Wokół wysokie góry poprzykrywane płatami śniegu z których sączy się woda tworząc setki wodospadów większych i mniejszych. Lita skała która buduje te góry w niższych partiach pokrywa skąpa roślinność, głównie trawy na których miejscowa ludność wypasa owce i kozy. Koło południa znaleźliśmy się w Manali. To tu rozpoczyna się słynna „podniebna autostrada” Manali-Leh. Niemal 500 km po najwyższych partiach Himalajów. Słynie z tego, że z niej roztaczają się niesamowite widoki na najwyższe góry świata. Z drugiej strony jest bardzo niebezpieczna. Często nie ma asfaltu, drogą płynie woda, czasami bardzo głęboka, momentami całą szerokością, wartko, leży mnóstwo kamieni, tworzą się ogromne kałuże, na zboczach powstają osuwiska, nie ma żadnych zabezpieczeń. Po drodze nisko w dolinach można ujrzeć wraki samochodów. Wyjazd z Manali okazał się horrorem. Co parę metrów stawaliśmy na kilkanaście minut w korkach. Droga jest tak wąska że trudno wymijać w szczególności jak jadą autobusy i ciężarówki. Czy tak będzie na całej autostradzie? Kołatało się pytanie. Miejmy nadzieję że nie. Z czasem ruch był coraz mniejszy, coraz więcej serpentyn, coraz wyżej, coraz pięknej. Stan drogi z każdym kilometrem pogarszał się, woda, kamienie i błoto. Ale w jakiś sposób czerpało się radość z pokonywania tych trudności. Po drodze na przełęcz zmuszeni zostaliśmy jak i inny uczestnicy tej autostrady na godzinny postój. Ciężarówka utknęła w błocie, tarasując przejazd.

Rohtang La 3975 m. trudno opisać widoki. Ostre szczyty pokryte śniegiem smagane zimnym wiatrem. Słońce przebijające się w kilku miejscach bajecznie oświetlające tą scenerię i my. Stojący i patrzący się w te cuda. Długo nie postoimy, wieje zimnym wiatrem, powoli się ściemnia. Nie do końca wierzymy że tu jesteśmy, serce kołacze jak głupie, chciałoby się pofrunąć i zobaczyć to wszystko z góry. Z przełęczy zjeżdżamy już o zmroku, już ciemno trzeba znaleźć obozowisko. Jest. Nad samym strumieniem, piasek porośnięty trawą, równo, miekko, po obu stronach tego miejsca ośnieżone szczyty. Pięknie będzie tu o poranku jak słońce wzejdzie i to wszystko oświetli. Michał – zaliczyłem dziś dwie wywrotki, pierwsza już w Manali na stacji paliw, nie utrzymałem motocykla i gleba. Pozatym mam problem ze skrzynia biegów. Wyskakuje mi jedynka a to tutaj podstawowy bieg. Druga wywrotka była właśnie z tym związana. Trudno się jedzie jak trzeba prawą nogą przytrzymywać dźwignie zmiany biegów bo w momencie jak zacznie miatać motocyklem to nie można się podeprzeć i leżysz. Natomiast jak się podeprzesz i wyskoczy bieg to ciężko później ruszyć pod górę. Także szukam kompromisu i staram się za często nie wywracać bo ciężko samemu podnieść royala.W spokojnym tempie docieramy do Keylong po drodze mijając cuda natury. Chciałoby się zatrzymać i nie jechać już dalej. A może dalej jest jeszcze piękniej? Czy może być?
W Keylong Brysyja oznajmia, że źle się czuje. Podjął decyzję że nie jedzie dalej podniebną autostradą w kierunku Leh. Woli pozostać i pogrzebać przy swoim motocyklu taka rola mechanika. Michał i Artur maja inny plan. Mianowicie zdobycie przełęczy powyżej 5000 m. Spakowali najpotrzebniejszy sprzęt i w drogę we dwóch. Droga różna od gładkiego asfaltu do szutru poprzecinanego płynąca wodą. Po obu stronach piętrzące się góry. Po niezliczonej ilości zakrętów, kałuż, strumyków, zmiany biegów, strzałów ze sprzęgła, kilkumetrowych band ze śniegu i Bóg wie jeszcze czego jeszcze docieramy na Baralacha La 4883 m. Zimno, ledwo na plusie, pada deszcz, za chwilę przechodzi w śnieg, banan na gębie chociaż w stopy i dłonie bardzo zimno. Kolejna wysokość zdobyta, wszystko pokrywa biały puch. Na przełęczy Artur zorientował się że z jego bagażnika zniknął dziesięcio litrowy karnister z benzyną. Co za pech. W takim przypadku na pewno nie starczy nam wachy na całą zaplanowaną trasę. Co tu robić? Wracać? Po kilku minutach podjeżdża samochód terenowy pełen ludzi. Jedna z osób wystawia przez szybę kanister z benzyną. Czy to przypadkiem nie wasz? Wybuch śmiechu i radości. To się nazywa uczciwość. Foty krotka setka do kamery i spadamy stąd. Za wiele nie ujechaliśmy, Artur łapie kapcia, pada deszcz i zimno, momentalnie marzną ręce, szybka naprawa. Żeby było zabawnie kapec nie był wcale spowodowany najechaniem na kamienia, a fragmentem okularów które przebiły dętkę. Zatrzymujemy się kilka kilometrów poniżej przełęczy na gorący czaj i coś do jedzenia. Skromny materiałowy namiot w środku ciepło. Po chwili wjeżdżamy w dolinę. Jak to opisać? Trudne zadanie. Co powiedzieć? To jedno z najwspanialszych miejsc na ziemi. Ciągle pozostaje. Zdjęcia. Próba sfotografowania, raczej nie udana. Tych kolorów i doznań nie potrafi zapisać aparat, kamera również. Pozostanie to tylko w naszych głowach. W języku polskim nie istnieją słowa, które mogły by opisać to miejsce, ewentualnie trzeba by do tego zatrudnić wybitnego pisarza. Obraz budują rożne kolory których nazw nie jesteśmy wstanie nawet określić, wszystko się miesza, gra światłami barw, wieje ciepły wiatr, wysokość 4000 m, szybkie tętno. Rosnąca obawa że można to fantastyczne miejsce przedstawić w złych barwach. Może nie trzeba go przedstawiać? Pozostawić dla siebie? Najlepiej chyba sprawić by sami to odkryli i delektować się tym miejscem, jedynym, niepowtarzalnym, trudno dostępnym. Tutaj czas się zatrzymał, słońce, chmury, ciepło, chłodno, mnóstwo płynacej wody żłobiącej koryta rzeczne tworzące niepowtarzalne ostańce skalne. Tak niesamowite to miejsce z każdą chwilą wygląda inaczej. Można by usiąść i pozostać tak na wieki.

Zaczęliśmy szukać miejsca na nocleg. Jest idealnie. Artur stawia motocykl na stopce i zmierza do Michała zamienić kilka słów. W tym momencie grawitacja ziemska przyciąga motocykl do pozycji horyzontalnej. Artur szybko go podnosi, i patrzy z niedowierzaniem! Na asfalcie pojawia się spora plama oleju. Skąd? Szybkie oględziny. KURWA…! Pękł dekiel sprzęgła! W takim miejscu, w takiej chwili. Z niezadowoleniem patrzą na siebie. Bez słów rozumieją że to koniec marzeń o zdobyciu kolejnej przełęczy. Bez tego nie da się dalej pojechać. Szukanie winnego? Ale czy jest taki? Nieokreślona złość. Czemu teraz? Dzień był niepowtarzalny. Czy w najlepszym momencie musi się coś spieprzyć? Cała noc pozostaje na to by rozważyć ten problem. Cały czas spotykały nas jakieś przeciwności losu, tak jak by komuś zależało na tym żebyśmy nie wjechali na 5000m. Najpierw zgubiony kanister z benzyna, później kapec, i na koniec wywrotka uniemożliwiająca dalszą jazdę. W nocy wyśnił się najgorszy scenariusz. Trzeba złapać samochód i zawieźć motocykl do Keylongu, tu na pewno go naprawią. A co z planami zdobycia 5000 m? Artur o świcie zatrzymuje pierwszego pick up’a, od razu udaje się. Pomogą przewieźć motocykl. Artur ładuje się z całym sprzętem i jedzie. Michał pozostaje na miejscu noclegu, z zadaniem zdobycia przełęczy powyżej 5000 m. jest bardzo podjarany ta sprawą. Jako jedyny z całej ekipy ma szanse zdobycia takiej wysokości. Czy powinien? Jako jedyny z całej ekipy nie jest motocyklistą. Czy należy mu się to? Chwilę przemyśleń. Nie, nie jadę. Razem z Arturem wyjechaliśmy z Keylong z zamiarem zdobycia tej wysokości, nie mogę tam sam pojechać, albo we dwóch albo nikt. Spakowałem cały mandżur i kierunek powrót. Powrót w iście ekspresowym tempie. W tym samym momencie Artur podziwiał widoki zza szyby samochodu wraz z ekipą czterech sympatycznych buddystów. W Keylong znaleźliśmy warsztat który naprawił motocykl Artura. I teraz punkt dnia. Sto lat, sto lat, niech żyje żyje nam, w zdrowiu. Dziś urodziny Brysyji. Postaramy się je uczcić w należyty sposób. Brysyja dostał w prezencie czarny sweter.

Droga powrotna. Śniadanko, omlet, kawa i można ruszać. Ostatni raz tak wysoko niemal 4000 m. Na przełęczy Artur spełnia misję i rozsypuje ziemie przywiezioną tutaj z Urzędowa, którą dostał od swojego przyjaciela Buy.
Nie tylko my korzystamy z tych świetnych warunków. Wszędzie mnóstwo ludzi. W czasie zjazdu okazuje się że w obu kierunkach jest kilkukilometrowy korek. Na szczęście motocyklem udaje się poruszać bez niepotrzebnego postoju. Obozowisko w tym samym miejscu co 4 dni temu. Sprawdzone miejsca zawsze są dobre.

Do Delhi zostało 600 km. Nie zrywamy się rano. Dziś wszystko powoli. Trochę zdjęć, kilka ujęć, wysłanie materiału do radia i gazety, krótki wywiad z miejscowym. Start w południe, na totalnym luzie. Z każdym kilometrem smutek wzrasta, powoli opuszczamy Himalaje. To staje się już przeszłością. Droga Manali – New Delhi jest bardzo niebezpieczna. Mijamy setki ciężarówek które nie przestrzegają żadnych zasad ruchu drogowego. Często za zakrętem okazywało się że naszym pasem ciężarówka wyprzedza inną ciężarówkę. Kilka razy tętno podskoczyło. W nocy nasz kemping odwiedziło mnóstwo ludzi. Na wsi poszła fama że biali śpią niedaleko na polu, więc co chwilę pojawiały się nowe grupki, zadając te same pytania. Wszystko ich interesowało. Z czasem takie rzeczy męczą, człowiek chce odpocząć po całym dniu, poleżeć w ciszy i spokoju, a tu niekończące się pytania. Jednak w Indiach nie da się rozbić na dziko żeby ktoś się nie zjawił. Trzeba do tego przywyknąć.
Sunąc po totalnych równinach w kierunku stolicy Indii udało się dziś przejechać 320 km!!! Przy czym były częste postoje na dostarczanie płynów i jeden na spawanie bagażnika w motocyklu, powróciliśmy do piekła, dziś ponad 40°C. Ile teraz jest w Polsce, skromne 32°C? Wydarzeniem tego dnia niewątpliwie, był obiad w McDonaldzie. Co to było za wydarzenie. Pędzimy dwupasmową drogą po płaskim terenie, manetka odwinięta na full, ledwo 80 km/h, przy tylnym wietrze, nagle na horyzoncie pojawia się czerwono-żółty McMieśniak. Artur – pedał hamulca w asfalt, Michał zaraz za Nim, jedynie na Brysyję nie zadziałały te kolory i pognał do przodu. Z racji tego że hamulce w Royalu to tylko nazwa urządzenia które służy do hamowania, tutaj to urządzenie powoduje powolne zmniejszanie „pędu” motocykla. Wytracili prędkość, za daleko, trzeba jechać pod prąd niby autostradą, tutaj to nic nadzwyczajnego, normalka. Dacie wiarę że po tych ich autostradach łazi wszelakie bydło: krowy, świnie, kozy!? Ludzie! Brysyja się z czaił że coś ważnego przegapił i zwrócił. To było wydarzenie, nawet kamera poszła w ruch. Wchodzimy, klimatyzowane pomieszczenie, 22°C, to jest to, patrzymy z nadzieją w menu, że wreszcie coś małe, nad wymiar kaloryczne i tanie. I tu zaskoczenie, wszystko strasznie drogie, klientów nie za wiele, w Polsce nie do pomyślenia o każdej porze dnia, jednak nie odmówimy takiej okazji. McChicken Machrayana coś tam coś tam, frytki, ketchup, duża Cola.
Wjazd do stolicy bez obaw, zero stresu, jakbyśmy się tu urodzili. Każdy z nas nabrał tak dużej wprawy przez miesiąc jazdy, że poruszamy się po mieście jak rodowity hindus. Ciągły sygnał i gaz, to niezbędne elementy poruszania się w zatłoczonym miejscu.
Na hotelowym dachu, na Karol Bagh już w New Delhi, patrząc w niebo nie widać gwiazd. To wpływ cywilizacji – smog. Siedzimy na dachu z pracownikami naszego hotelu, jedzą rękoma, palą ćaraś i są zadowoleni ze swojego skromnego życia. New Delhi, po raz drugi, czyli zgodnie z planem, chociaż nie do końca bo bez Przema.
Jutro rozpoczyna się jeden z ważniejszych etapów wyprawy. Trzeba nadać samolotem nasze motocykle. Znając biurokrację tego państwa wiemy że łatwo nie będzie. Zbierzemy nasze całe siły i dotąd będziemy naprzykrzać się urzędnikom, aż osiągniemy cel.
Powoli nadchodzi czas podsumowań tego pierwszego etapu. Najsmutniejsze to że Przemo nie może dalej kontynuować jazdy, siły natury. Co się udało, a co nie? Myślę że każdy musi odpowiedzieć sobie sam. Zostajemy w New Delhi najbliższe 6 dni. Brysyja zajmie się przeglądem i remontem motocykli a Artur z Michałem załatwianiem spraw papierkowych. Komu lepiej pójdzie?
Z samego rana załatwianie jednej z najważniejszych rzeczy ostatnich dni. Mianowicie przetransportowanie naszych motocykli do Azerbejdżanu. Spodziewamy się dwóch możliwości, łatwo albo topornie.
Ciekawostka. Piotr Bryszewski (36 l) ma rodzinę po całym świecie, w Indiach również, postanowiliśmy ją odnaleźć. Szukamy. Przez setki uliczek z zawrotną prędkością biegnącego osła, w gąszczu szerokiej gamy pojazdów przeciskamy się motorikszą. Ciekawe ile lat potrzeba żeby z taką zwinnością pomykać po ulicach Delhi? Jesteśmy na miejscu. Strażnika przy bramie pytamy o Marię Skakuj Puri z Polski. Tak mieszka tutaj. Najbardziej zaniepokojony Brysyja, wiadomo rodzina, spotka tą osobę pierwszy raz w życiu. Dzień dobry. Dzień dobry. Ale mnie zaskoczyliście, bez uprzedzenia. Zapraszam do mieszkania. Raczymy się zimnym napojem, pierwszy raz rozmawiamy po polsku. Miłe dla ucha. Rozmawiamy o wszystkim, o nas, o pani Marii i jej rodzinie, o Indiach, o ich problemach, o życiu, przeszłości i przyszłości. Zjawia się mąż Tejjndea, wysoki, przystojny hindus z turbanem na głowie. Taki turban codziennie rano zakłada się na nowo, wymiar materiału tworzącego turban to metr szeroki i 5 metry długi. Parę minut z założeniem się schodzi.
Szybko nawiązaliśmy wspólny język. Szklaneczka whisky, przekąska i rozmowa przebiega coraz sprawniej, kolejna szklaneczka. Pan Puri po chwili z pokoju przynosi swój arsenał, konkretną dubeltówkę a zza paska wyciąga piękna, zgrabną berette. Pani Maria wychodzi z pokoju nie lubi broni. My oglądamy z zaciekawieniem, podobno jest jeszcze więcej sztuk, ale to innym razem. Miło wieczór trwa dalej. Na stół trafia jedzenie. MIĘSO! Kurczaki, bardzo smaczne, wcinamy z zapałem. Po chwili pan Puri oferuje najlepszy na świecie ćaraś. Obłoki dymu, rzeczywiście sprzęt pierwsza klasa. Wieczór spędzony sympatycznie, postaramy się jeszcze spotkać razem. Czas do domu. Prywatną taksówką docieramy w mig. Jutro ważna rzecz do zrobienia.
Umówiliśmy się na 10 godzinę, my na czas, pani Rana zaszczyciła nas po dwunastej godzinie. Rozpoczęło się topornie. Cena przesyłki jakbyśmy przewozili pociąg. Co aż tyle? Za taki mały ładunek? Nerwowe myśli napływają do głowy. Spodziewaliśmy się połowę tego. Mówimy że za taką cenę nie damy rady. Rama zaczyna kombinować, dzwoni do szefa Lufthansy w Delhi i naświetla Mu sprawę, coś udało się utargować, szybkie podliczenia, nadal nie do przyjęcia. Kolejne telefony. Może inna linia lotnicza? Kolejny pomysł, mniejszy kontener, mniejsza opłata, znowu kilka rupii urwane z ceny wysyłki. Rachunek. Za drogo. Rana stawia ultimatum, mamy dać odpowiedź w ciągu 15 minut: czy się zgadzamy czy nie? Co robić. Tyle kasy, nie mamy aż tyle. Sponsorzy zawiedli. Jesteśmy pod ścianą, gramy na zwłokę. Tłumaczymy że dziś nie możemy podjąć decyzji, składa się na to kilka czynników. Chcemy na własną rękę popytać w innych liniach lotniczych o taką usługę. Może uda się taniej. Pod koniec negocjacji Rana zaoferowała że jutro do 15 ta oferta będzie ważna także jak się zdecydujemy na Jej warunki to możemy przyjść. Mamy pół dnia do znalezienia lepszego rozwiązania. Brysyja w tym czasie robi przegląd royali.
Pobudka rano, o 8 godzinie. Czy to jest rano? Zależy dla kogo i o której pójdzie się spać. Nie musieliśmy jednak zrywać się gdyż konsul w ambasadzie obsługuje petentów od 10. Z dużymi nadziejami Artur z Michałem zmierzali do polskiej placówki. Brysyja 40-stopniowym upale kontynuuje przegląd motocykli. Podjeżdżamy pod bramę. Ochrona jest indyjska, prosimy o kogoś mówiącego po polsku. Zjawia się mężczyzna po trzydziestce. „Czego chcecie?” Zagaduje niesympatycznie, rozmawiamy przez ogrodzenie. Trochę zdezorientowani brniemy dalej. Co to za pytanie „czego chcecie?”. Czy nie powinno być „w czym możemy pomóc? Tego spodziewaliśmy się. Po wyjaśnieniu o co nam chodzi, przekierowani jesteśmy pod inne wejście. Tu spotykamy kolejkę Hindusów czekających z wielką nadzieją że dostaną wizę do Polski. Jeden jedzie na trzyletnie studia, inny po raz drugi, na festiwal Indii nad Morzem Bałtyckim. Punkt dziesiąta. Otwierają się duże metalowe drzwi. Punktualnie? Niemożliwe! W Indiach? Tu nic nie jest na czas! A to Polska ambasada, inne standardy, chociaż nie zawsze odpowiednie. Po kilku minutach poza kolejką przez polskiego pracownika ambasady zaproszeni jesteśmy do środka. Proszę wyjąć wszystkie rzeczy z kieszeni rzecze strażnik, wpis danych do zeszytu, przejście przez bramkę. Już po drugiej stronie. Duża ta ambasada. Krótka rozmowa przy okienku i zmiana otoczenia. Siedzimy wygodnie w pokoju, powoli spływamy z foteli, informacje coraz gorsze. Jeżeli państwu groziłoby poważne zagrożenie, albo ulegliby wypadkowi, ewentualnie jeśli nie mieliby państwo pieniędzy na bilet powrotny to pożyczymy. Słuchamy z niezrozumieniem. O co chodzi? Myśleliśmy że ambasada pomaga w wszelakich problemach. Ale pomyłka. Posłuchaliśmy tego biadolenia o niemożności pomocy i szybko się stamtąd ulotnili. Kierunek lotnisko. Może tu lepiej pójdzie. Podążamy z miejsca na miejsce, szukamy jakiegoś punktu zaczepienia. Lądujemy przed bramą cargo, zapomniałem z hotelu wziąć paszport – Michał. Nie mogę wjechać na ten teren, zostaje po drugiej stronie bramy. Znikąd pojawia się agent, jak to w Indiach. Czego potrzebujecie? Chcemy wysłać motocykle do Baku. No problem. To już znamy. Agent po otrzymaniu kilku informacji obiecuje napisać e-maila z najleprza ofertą spośród wszystkich przewoźników. Z dużą nadzieja jedziemy do hotelu. Wpatrzeni w monitor MacBooka czekamy na ofertę. Jest! To jest dobra oferta? Gówno, niemal żadne oszczędności! Złość. Poszukiwanie szybkich innych alternatyw. Droga donikąd. Szybka decyzja. Jedziemy do Rany. Trudno trzeba będzie się bardziej zadłużyć. Żyje się tylko jeden raz. To najlepsze rozwiązanie jak na ten czas. Zjawiamy się u Niej z uśmiechem na twarzy. Trzeba szybko dobić targu. Znowu kilka telefonów, ksero dowodów, paszportów, zaliczka. W Indiach wszystko już załatwione, czekamy na telefon z Baku, to w celu potwierdzenia naszych danych. Czekamy z niepokojem. Czas mija nie ubłaganie, czemu nie dzwoni? Północ, dziś już na pewno nie zadzwoni. Zły znak. Idziemy spać. Jutro mamy nadzieję na dokończenie transakcji. Na to bardzo liczymy. Chcemy to już mieć z głowy, spać spokojnie. Dobrych snów.
Z dużym niepokojem obudziliśmy się rano. Brysyja zachorował. W nocy co parę minut wstawał, uzupełnianie płynów, fajka, albo sra…ka. Z dużą nadzieją czekaliśmy na telefon z Baku, to uruchomiłoby procedurę wysyłania naszych motocykli. Dla nas oznaczający totalny spokój. Nie było go. Bardzo niedobrze. Brysyja jednak poważnie zachorował. Ma gorączkę, dreszcze i bolą go wszystkie mięśnie. Jest dziś niedysponowany, pozostanie cały dzień w łóżku, musi odpocząć. Pozostała „część” jedzie do Rany, dowiedzieć się co z naszą wysyłką. Rana jest bardzo zdziwiona że nie zadzwonili do nas z Baku. Utknęliśmy w martwym punkcie. Z racji tego że cargo w Azerbejdżanie nie pracuje w sobotę i niedzielę, musimy czekać do poniedziałku. To będą ciężkie chwile, jednak nie może się nie udać. Za dużo pracy włożyliśmy. Rana zasmucona, bardzo chce nam w tym pomóc, czujemy to. Wracamy do hotelu. Za chwilę mamy spotkać się z Marią Skakuj Puri. W jakim stopniu można zaufać osobie której się nie zna i widziało się tylko raz. Pani Maria zaufała nam w 100%. Czemu? Myślę że to połączenie polskości i ducha Indii. Niezręcznie było nam zwracać się z naszym problemem do Pani Puri. Ona w tak prosty i szybki sposób, bez żadnych problemów pomogła nam go rozwiązać. Zjawiła się w naszym hotelu z pokaźna torbą wypełnioną pieniędzmi, dużo rupii, bez żadnych obaw że je odzyska. Nienormalna, myślę że większość w Polsce by tak pomyślała. W pewnym momencie wyjaśnia nam że traktuje nas jak swoje dzieci i potrzebuje nam pomóc. Świat jest pełen zwariowanych pozytywnie ludzi. W tym momencie dzięki ogromnej pomocy Pani Marii możemy dalej kontynuować nasza podróż. Składamy wielkie podziękowania dla niesamowitej osoby. Trochę wolnego czasu, z Arturem jedziemy pozwiedzać motorikszą najbliższą okolice. Dużo zieleni, brak śmieci, równe ulice, brak korków. Odwiedziliśmy kilka sklepów z pamiątkami, dało się odczuć że właściciel rikszy którą jechaliśmy ma odsyp z sklepów w którym robiliśmy zakupy. To nie były przypadkowe miejsca. Dzień powoli dobiega końca. Mocno wieje, monsun nadszedł.
Niedziela jak to niedziela. Spaliśmy do południa, nie było po co wstawać rano, dziś nic nie załatwialiśmy. Drobne zakupy, dłubanie przy motocyklach. I najważniejsze pytanie. Co się jutro wydarzy? Czy uda się wysłać motocykle? Jesteśmy pełni nadziei że tak, bo w innym przypadku wszystko poważnie się skomplikuje. Pewnie noc nie będzie spokojna. Między 10 a 11 godziną wszystko będzie już jasne. Jutrzejszy dzień na pewno dostarczy emocji.

Historia zatoczyła koło. Odprawa lotniskowa i siedzimy w samolocie kierunek Moskwa a potem Baku, według planu. W jakim stopniu udało się wszystko załatwić? Co się dziś wydarzyło? Co się dzieje z naszymi motocyklami? Noc była niespokojna, nie pewny sen. Od samego rana lekkie zdenerwowanie, ważą się losy wyprawy, ciągłe spoglądanie na telefon. Czekamy na wiadomość od Rany. Czy wszystko jest załatwione i można wysyłać. Po 10 jedziemy pod jej sklep. Zjawia się i Ona. Możemy pakować chociaż wszystko jeszcze nie dograne. Indie po raz kolejny ukazały swoje prawdziwe oblicze. Okazało się że do wcześniej ustalonej ceny, niespodziewanie doszły kolejne opłaty zwiększając i tak już bardzo wysoki koszt wysyłki o jedną trzecią. Nie do wiary. Wpadamy w panikę. Co teraz? Po raz który to już pojawia się to pytanie w czasie tej wyprawy. Nie mamy dodatkowej kasy. Niemrawe szukanie nowych opcji. Brak. Dzwonimy do naszego anioła w Delhi, do Pani Marii. Musimy zaciągnąć większy kredyt zaufania. Otrzymujemy go w krótkim czasie. Pani Marysia również nie rozumie wzrostu ceny. Uważa że próbują nas naciągnąć, gdyż musimy wysłać jak najszybciej, bo jutro wylatujemy. Ostatni raz spotykamy się z Panią Marią, obiecujemy spotkać się z Nią przy najbliższej okazji w Polsce. Zagwarantowaliśmy jej mężowi że damy Mu przejechać się Royalem w Polsce. Monsun. Momentalnie leje jak z cebra. Parę minut, można dokończyć pakowanie. Wieczór, godzina 20, jedziemy z Rana na cargo dokończyć transakcje. W najgorszych snach nie pojawił się taki scenariusz. Procedury nie do przejścia. Big India, big problem. Udaje się pokonać jedną przeszkodę, pojawiają się kolejne, które coraz trudniej rozwiązywać. Rana dzwoni gdzie się da, prosi w biurze kogo się da o pomoc, odchodzi od zmysłów. Niektóre problemy uda się załatwić za łapówki, ale nie wszystkie. Dochodzi 11 w nocy, tkwimy w miejscu. Pozostałe problemy uda się załatwić dopiero rano. Dla nas to nie rozwiązanie, gdyż za 5 godzin lecimy do Baku. Motocykle stoją na pace samochodu zapakowane w skrzynie, gotowe do wysyłki. Co z tego, brakuje dokumentów. Jeszcze raz robimy rachunek ile ta wysyłka może nas kosztować. 50 tyś INR plus 20 tyś INR plus 7 tyś INR itd. suma wzrasta do kwoty dobrego samochodu. Niech ta wyprawa będzie zwariowana. Rana jest bardzo zmęczona, współczujemy Jej, od 10 godzin próbuje załatwić wszelkie formalności związane z wysyłką. Bardzo chciała nam pomóc uporać się z tym problemem., lecz procedury i koszt okazały się nie do przebycia. Proponuje nam najlepsze dla nas wyjście. Wyśle motocykle statkiem do Polski w bardzo dobrej cenie. Szybkie spojrzenia. Jeszcze szybsza decyzja. Nie ma sensu za wszelką cenę zadłużać się na bardzo duże pieniądze. W tym miejscu chwielibyśmy z całego serca podziękować Pani Marii Skakuj Puri za to że obdarzyła nam bezgranicznym zaufaniem. I za to że nie czuliśmy się w szesnasto milionowym mieście sami. Pani Mario – Dziękujemy! Ponadto dziękujemy Pani Ranie z Joga Motors która poświeciła ogrom czasu na zorganizowanie przesyłki naszych motocykli. Niestety nie udało się nadać samolotem ale robiła wszystko by ta próba zakończyła się sukcesem. Dziękujemy. Wspólnie podjęta decyzja o wysłaniu statkiem motocykli do Polski a nie samolotem do Azerbejdżanu zbytnio nas nie zasmuciła. Jedynie Brysyji zrzedła mina. Przed ekspedycją ustaliliśmy wiele spraw. Wiedzieliśmy że mogą być problemy z przesłaniem motocykli z Indii w kierunku Europy żeby na kółkach dalej kontynuować podróż. Postanowiliśmy że jeżeli będzie to bardzo drogie to wysyłamy statkiem do Polski a my dalej kontynuujemy trasę innymi środkami transportu: stopem, pociągiem czy statkiem, może po drodze jakiś wehikuł kupimy. Wszystko jest możliwe. Niech ta podroż dalej będzie zwariowana. Na lotnisku w New Delhi już po odprawie, Brysyja oświadcza: „Ja dalej nie chcę kontynuować podróży w inny sposób niż motocyklem. Jeżeli royale płynął do Polski to ja chcę wracać do domu”. Bardzo nas tym zaskakuje. Nie nalegamy żeby został, Jego decyzja. Lądujemy w Moskwie, mamy godzinę na załatwienie biletu do Warszawy. W momencie jak brak czasu, wszystko idzie powoli i opornie. Nie mamy wizy rosyjskiej, nie możemy wyjść poza obszar bezwizowy a tam znajdują się kasy z biletami. Prosimy dziewczynę w informacji o pomoc. Olewa nas. „To do mnie nie należy. Nie mogę (nie chcę) wam pomóc”. Czas ucieka. W okienku pojawia się starsza kobieta. „W czym mogę pomóc?” Szybko objaśniamy sprawę. „Oczywiście da się to załatwić”. Cena biletu kosmiczna, nie ma wyjścia, nie chcemy go zmuszać do kontynuowania ekspedycji na siłę. Trzeba płacić. Jedna karta kredytowa nie działa, druga też. Artur próbuje wybrać pieniądze z bankomatu, zadziałał dopiero za piątym razem. Mało, więcej nie może wypłacić, wykorzystał dzienny limit. Na szczęście Brysyja ma trochę dolarów, starczy. Michał z Arturem muszą iść na samolot do Baku. Brysyja czeka na bilet. Rozstają się w małym niesmaku. Pozostało dwóch Artur i Michał…